tytuł notki


Daję, oddaję, wydaję...

Ja pierdole, co za weekendDużo z siebie dałam ... tak jakby.
Na przykład jeszcze w piątek, dałam sobie luz z pracą, obijając się równe osiem godzin z cichym przyzwoleniem kierasa, obijającego się tylko trochę mniej niż ja. Trochę później, bo już wieczorem, dałam ostro w rurę. W efekcie czego, rano musiałam znów coś dać z siebie. Tym razem dałam upust żołądkowi żaląc się muszli klozetowej na własną głupotę. A najgorsze, że dałam ciała. I to strasznie.

M. odbierał w sobotę mieszkanie, plan był taki, że zjawiam się wypoczęta, świeża i pachnąca o 10 rano w Poznaniu. Wybieramy lodówkę i pralkę, kupujemy coś do odkażenia przyszłego domostwa, odbieramy klucze, liczniki i inne ważne pierdoły, no i sprzątamy. Taaaaa....
Jeszcze o 12 ręce mi się trzęsły jak u alkoholika z dwudziestoletnim stażem, o 13 mogłam już utrzymać pion bez helikopterów a o 14 wtrząchłam sucharki. Ostatnie posunięcie zbytnio się nie powiodło...
Łeb mi eksplodował przy każdym ruchu a M. przez telefon prawił mi mowy moralnościowe, był wściekły. Już wiem jak wygląda przedsionek piekieł.

Ostatecznie koło 16, po ostatnim posiedzeniu zarządu nad muszlą klozetową, dałam z siebie już chyba wszystko i wyruszyłam w drogę ku szczęściu i dobrodziejstwu, z niespokojną nadzieją, że w moim przypadku kwartalne zasoby etanolu zdążyły wyparować. M. wspaniałomyślnie mi wybaczył, choć nazywa mnie teraz pijakiem, ale był na tyle kochany, że nawet poszedł po 2KC i zrobił mi herbatę. Zmusił mnie też do wypicia soku z cytryny. Nie do końca jestem pewna czy to miało mi pomóc, czy to bardziej w ramach kary...

Przez moje pijaństwo i już chyba w 10 życiu przejście na abstynencję, nie świętowaliśmy przeprowadzki do nowego domu.  Wiem, wiem... o ja zła , niedobra!

Właściwie do prawdziwej przeprowadzki to jeszcze daleko, bo mieszkanie wygląda póki co jak pobojowisko. Duży pokój, całkiem bez mebli, zagracony został kartonami i siatami z dobytkiem M. Poprzedni właściciele zostawili na dodatek kilkunastometrowe zwoje jakichś kabli wyłażących ze ścian, zatem widok jest przedni. W mniejszym pokoju zostało za to prawie wszystko, włącznie ze starym, drewnianym łóżkiem, które skrzypi przy każdym ruchu i według mnie nie powinno być dopuszczone do pewnego sposobu użytkowania. Wiadomo o co chodzi :)

Moje graty będą się tam pojawiać stopniowo, bo najwcześniej w sierpniu będzie robota w Poznaniu, możne obejdzie się bez dojazdów.

M. miał w niedzielę służbę, więc został mi cały dzionek grania roli doskonałej pani domu. Los postanowił jednak inaczej zaplanować mi czas. Po 9 zadzwoniła Ćma, płaczliwym głosem pytając gdzie jestem... a później to już wzywałam pogotowie i dyżurowałam przy niej do wieczora, którego średnio-spokojny przebieg zakłóciła jeszcze jedna wizyta sanitariuszy. Tym razem to my wybraliśmy się do nich, było szybciej. Gdyby ktoś chciał wiedzieć, to pogotowie ma 4 godziny, żeby przyjechać do sparaliżowanych bólem i przypuszczalnie mających kłopoty z nerkami. Lekarstwo, które podali za pierwszym razem, i które miało działać przez 24h, przestało już po 6, biedna Ćma wyła z bólu wijąc się na łóżku, a mi się chciało wyć razem z nią. Pieprzona empatia.

Ćma poczuła się lepiej, później opiekował się już nią mój braciszek, zatem wróciłam ze spokojnym sumieniem do domu, ale nerwów, troski i emocji wydałam już z siebie tyle, że przypominam pusty baniak. Do jutra muszę się zregenerować, Sam On Boss wraca z urlopu więc zapowiada się rzeź niewiniątek. Trza jakieś relanium dorwać, co by nerwowo wyrobić...



Tagi: picie, przeprowadzka, pogotowie
{nabazgrała Elba} 2009-06-30 01:29:40
skomentuj (1)

Urlop

   W cichej rozpaczy mój niebywale długi, bo aż dwutygodniowy urlop dobiegł końca. Spędziłam go na farmie, wypełniając leniwe godziny pracami ogrodniczymi, napawałam się pięknem prostego życia w zgodzie z Matką Naturą i moim własnym zegarem biologicznym. Gdy mi się już te lenistwo nudziło spacerkiem po zawsze zielonej trawie dreptałam do sadu, a tam czekały już dopieszczone słońcem soczyste jabłka, mango i banany.   
Co noc zasypiałam zatapiając dzienne troski szumem morza, a gdy z tego czy owego powodu dopadała mnie choroba morska odwracałam się na drugi bok i słuchałam muzykowania cykad konkurujących z łagodnym pomrukiem lasu.
   
Szkoda tylko, że farma to gra na facebooku a cykady i morze są odtwarzane z programu ułatwiającego zasypianie. Co do zgody z zegarem biologicznym polegała ona przede wszystkim na ignorowaniu zegara ściennego i spaniu do 11. No a słoneczna pogoda to była, ale w Teheranie.
   
Prawda jest taka, że bite dwa tygodnie przesiedziałam w domu nie wyściubiając nosa poza centrum miasta nawet w weekendy. Pewnie sama zanudziłabym się i zmarła śmiercią prawie naturalną, ale na szczęście towarzyszył mi M. Lenić się we dwoje jest jednak fajniej niż w pojedynkę.
   
O dziwo nie było tak źle. Kiedyś sądziłam, że serce mi pęknie na kawałeczki, jeśli co jakiś czas nie wyjadę het, het w nieznane. Jednak serducho ma się dobrze a ja całościowo nawet lepiej. Poparzenia słoneczne i odleżyny na tyłku od leżaka nie są czymś za czym szczególnie będę tęsknić. Tęskno mi trochę do gór, chociaż w sumie już trzy dni moknięcia na szlaku mogą człowieka nieziemsko w łóżku uziemić, więc może lepiej, że to sobie odpuściłam, zwłaszcza mając na uwadze poprzednie górskie wypady. Bardzo mokre wypady.
  
 
W tym roku właściwie i tak nie mogę sobie pozwolić na wyjazdy. Wakacje wakacjami, ale mieszkanko się samo nie urządzi, ani ja ani Salomon z pustego próżne nie naleje. Zamiast zabawy przy hotelowym basenie urządziłam sobie zabawę w dom. Ja byłam mamą, M. tatą a dzieckiem była farma z facebooka (wcale nie twierdzę, że w domu wszyscy zdrowi).
   
Podobało mi się, dało mi to jakąś taką prostą radość. Ciekawość i ekscytacja walczą z przerażeniem, gdy odkrywam w sobie osobowość Matki Polki. Pranie sprzątanie prasowanie… okazało się, że nawet gotować umiem i to bez przepisów! Niepokoi mnie tylko nagłe zniknięcie mego niepokornego ducha przygody. Wyparował gdzieś w tych garach, czy co? 

Czyżbym zmieniała się we własną matkę…. O zgrozo!

Tagi: dom, wakacje, urlop
{nabazgrała Elba} 2009-06-24 00:31:57
skomentuj (3)

Bigos

Mój umiarkowany pesymizm, zwany przeze mnie realizmem, powoli ustępuje pod naporem dobrych wieści.

Jeszcze kilka dni temu poranek rozpoczął się od rozmowy z firmowym prawnikiem. Dzwonił zadać kilka pytań o zdarzeniu sprzed niemal roku, o pewnym "kredyciku" do skończenia. Dostałam go w spadku po koleżance, która miała "problemiki" z samą sobą, a z pracą w szczególności, finał był taki: ze trzy szuflady poupychanych luzem dokumentów, dziesiątki niezrealizowanych dyspozycji, kilkanaście reklamacji i godziny spędzone na błaganiu "centralnych" o pomoc w odkręcaniu jej zakrętów. Jednym słowem bigos. Kilka ładnych miesięcy zajęło opanowanie teorii chaosu, a kiedy już wszystko wydawało się "posprzątane" to wyszła ta sprawa sądowa.

Jako osoba skromna i uczciwa, od czasu do czasu, miałam z sądem tyle do czynienia, że mijałam go w drodze do pracy. Ot, gmaszysko z czerwonej cegły z zawsze uprzątniętym chodnikiem, nic więcej. Teraz miałam byś świadkiem w sprawie, o której niewiele nawet wiedziałam. Niefajne uczucie, kiedy ktoś chce ci wytykać błędy, żeby udowodnić swoje racje. Szczególnie, gdy się nie wie czy to swoje błędy, centralnych czy samego Pana B.

Uff ...  rzekłam z kreskówkowym wyrazem ulgi, kilka godzin po prawniczym telefonie. Ugoda. Jakież piękne słowo  :) dla mnie oznaczało to, że nie będą mnie ciągać po salach sądowych. Nie pałałam wielką chęcią bliższego poznania czerwonego gmaszyska, choć koledzy z pracy przyrzekli mi przynosić paczki z pilnikami. Bosch byłby  bardziej przydatny, ale tort w kształcie wiertarki mógłby wzbudzać podejrzenia.

Tak czy siak w robocie się jakoś unormowało, Sam On Boss mnie nie wywalił, nikogo innego na razie też nie, pensji jeszcze bardziej nie obciął no i mnie nie wsadzą  :) To optymistyczne wątki w obozie pracy a w prywacie... M. dostał kredyt na mieszkanie, 15-go ma podpisać akt notarialny.

Wcześniej bałam się o tym wspominać, żeby nie zapeszyć. Jak dotąd na karcie moich wielkich, życiowych planów nie ma żadnych odhaczonych ptaszków, za to są  kolejne wykreślenia, chociażby ostatni przykład z Brukselą.  M. to w żadnym wypadku nie jest Michał, M. to jest wcześniejszy S.  Taka mała zagadka :)

No dobra to już napiszę oficjalnie. Spotykamy się od kilku miesięcy i choć nie jest to nowa znajomość, ale temat już przerabiany, jest dobrze. Ba! jest nawet bardzo dobrze. Facet się nie zmienił, przynajmniej nie tak bardzo. To co pcha nas dalej i sprawia, że nowy-stary świat nabiera słonecznych barw, w odróżnieniu od aktualnej pogody, to zmiana we mnie samej. Inaczej patrzę, inaczej czuję, inne sprawy są dla mnie ważne. Może jednak nie jestem taką gówniarą jak mi się wydawało.
A może z drugoszansowymi związkami jest jak z bigosem, odgrzewany smakuje lepiej.


Tagi: miłość, praca, związek
{nabazgrała Elba} 2009-06-09 02:30:20
skomentuj (3)